Nymeria - Luna





Tatuatorki nazwały ją Nymeria, a ja nie potrafiłam zapamiętać tego imienia. Nadałam jej więc imię Luna, gdyż wilki, nie muszę tłumaczyć dlaczego, niezmiennie kojarzą się z księżycem. Przepiękną pieśń tych niezwykłych zwierząt słyszałam "na żywo", przechadzając się swego czasu leśną, bieszczadzką drogą. Zachwyt, niezapomniana chwila. Wydawało mi się wtedy, że zostałam przez los szczególnie wyróżniona. Tak bardzo kocham wilki 💕
Portret Luny jest już całkowicie wygojony, dbam o ten obraz, pielęgnuję go, przeznaczonymi do pielęgnacji tatuażu, mydłem i kremem. Jestem z tego maleńkiego dzieła taka dumna 😎 
Luna pozostanie ze mną do końca moich dni. Wierzę, że potrwa to nasze wspólne ziemskie wędrowanie jeszcze wiele lat.

Taniec serca

Wiele sie w miedzyczasie wydarzylo. Serce tak pokierowalo tymi wydarzeniami, ze wyszly mi one na dobre. Pozostalam sama - sercu lzej. Zaczynam intensywniej myslec o swoich marzeniach, ktore realizuje, o pragnieniach, ktore urzeczywistniam - po prostu mysle o sobie. Egoizm? W zadnym wypadku, to tylko walka o serce, ktoremu sie w jego zyciowym tancu troszke nogi poplataly. Z tancem tak czasami bywa. Wlasnie dzisiaj mam termin u kardiologa, pare dni wczesniej odwiedzilam pana doktora od naczyn krwionosnych. A wczoraj?


Wczoraj spelnilam marzenie siedemnastoletniej licealistki. Na realizacje tego marzenia czekalam 58 lat. Nymeria to wilczyca, ktorej piekny portret wytatuowala mi na przedramieniu Magdalena - artystka tatuazu. Na koncowy efekt czekac musze okolo dwoch tygodni, gdy caly obraz zagoi sie i zamieni w malenkie dzielo sztuki. Juz dzis tatuaz sprawia mi ogromna radosc swoim pieknem. W najblizsza sobote wieczorem sciagne opatrunek, ktory jest przezroczysty i widze Nymerii piekne oczy, jej dostojnosc. 

Mialam szczescie, trafilam na prawdziwych profesjonalistow tego zawodu, ktorzy swoj sliczny salon zalozyli niedawno, a oddalony jest on od mojego domu o 200 metrow. Szczesciara! :)


Zyskalam nowych Przyjaciol; mlodych, pieknych ludzi, artystow, pasjonatow swojego zawodu. Bylam u nich z Janeczka, ktora, podobnie jak ja, byla oczarowana ta piekna polowa naszego dnia. Spedzilysmy w tym przyjaznym salonie szesc godzin. Balsam na moje skolatane deczko serce. 
Tancz Serduszko, nie obawiaj sie potkniec, bo otaczaja cie wszak przyjaciele i czekaja same dobre dni.

Uśmiechnięta młodość


Wiadomo, ze kazdy spacer z Dinusiem jest wspanialym przezyciem, lecz bywaja tez i te wyjatkowe. Wlasnie dzisiejszy, ten poranny pozostawil w umysle niezapomniany slad. Bo i niezwykloscia bylo spotkanie ze starsza pania, ktora juz z daleka sie do nas usmiechala. Znajoma nieznajoma? Spotykamy ja po raz pierwszy. Malutka, siwiutka pani, z laseczka, ktora przypominala raczej te spacerowa, niz rehabilitacyjna. "Jaki ladny piesek" - zagadnela pierwsza. Usiadlysmy na laweczce. Zaczela rozmowe o swojej milosci do zwierzat. "Kocham je, bo sa niewinne, bezgrzeszne, kocham je bardziej niz ludzi. Juz samym widokiem pomagaja mi zyc, a w moim wieku chce sie zyc."  Ile ma wiosen? Ma ich 86, jest jedenascie lat ode mnie starsza. Nie, nie jest stara, bo jak mowi staremu czlowiekowi brak usmiechu, a ona usmiecha sie nawet przez sen. Jest w wieku trzeciej, a moze czwartej mlodosci - usmiecha sie sloncem :) Tak pieknie przebiegala nasza rozmowa, ze nie chcialo sie wracac do domu. Gdy powrocilam, natychmiast usiadlam do komputera, aby wspomniec te mila, serdeczna rozmowe. Malenka, drobniutka starsza pani, a tyle sily w niej, ze caly swiat przed nia powinien ukleknac! 

Tak kochani moi - CHCE SIE ZYC  ...

Ojejku!


Nie Malgosiu droga, zaden wirus i zadna bakteria nie jest silniejsza ode mnie, lecz czas, a wlasciwie dezorientacja w nowej zyciowej sytuacji ograniczyla deczko moje mozliwosci przebywania posrod blogowych przyjaciol. Teraz zyje od spacerku do spacerku z moim pieskiem, a czas miedzy tymi wyjsciami jakis taki dla mnie wciaz za krotki. Spacery nasze dosc dlugie, przerywane odpoczywaniem na laweczkach, ktorych w Gliwicach niemalo, wiec i czas na inne przyjemnosci nieco sie skraca. Przy komputerze nie bylam parenascie dni. Wciaz obiecuje sobie, ze sie zorganizuje, lecz, jak to czesto bywa, czlowiek planuje, a zycie steruje. No wiec poddalam sie tempu mojego zycia, czyli calkowitej jego spokojnosci. Spiesze sie tylko z placeniem rachunkow, reszta plynie laminarnym nurtem. Czy wiesz Malgosiu, ze wychodzi mi to na dobre? No bo wlasciwie do czego emerytka ma sie spieszyc? Nie dla niej juz wyscig z czasem, nogi juz tak nie nosza jak przed laty. No moze rankiem nieco przyspieszam - Dinus potrzebuje dosc szybkiego wyjscia, bo porzadny z niego piesek i swojego terenu nie obsika, lecz gdy tylko po nocy zalatwi swoje sprawy, zwalnia i przystosowuje sie do mojego tempa spacerowania. I tak dzien za dzionkiem, czas uplywa, a ja ciesze sie kazdym kolejnym dniem, kazdym kolejnym porankiem danymi mi przez Tatke.